Notke ta napisalam jako komentarz pod wpisem K.Leskiego.
Teraz pomyslalam sobie ze zarchwiwizuje ja jako oddzielny wpis.
===========================================
Od wrzesnia 1981 roku mieszkalam w Zakopanem.
Mialam 16 lat i uczylam sie w 2 klasie Technikum.
Dlaczego ja warszawianka przenioslam sie uczyc do Zakopanego to do dzisiaj nie do konca rozumiem :) ale decyzje o tej przeprowadzce uwazam za jedna z najlepszych w moim zyciu.
Mama mieszkala dalej w Warszawie i odwiedzialam ja standardowo 1-2 w miesiacu. Wtedy poznalam slawny pociag "rzeznia" i zalety podrozowania PKP :). Nie zapomne pierwszych biletow kupowanych na dworcu w Zakopanem - takie male kartonowe brazowe kartoniki. I nie zapomnie pierwszej ceny biletow - szkolny do Warszawy 2 kl.osobowy/pospieszny (rzeznia miala podwojny satut od i do Krakowa) - 81,80 zl. Relatywnie podroze kosztowaly wtedy mniej niz dzisiaj. Obecnie nie bylo by mnie stac na oplacenie jazdy pociagiem do Zakopanego dwa razy w miesiacu ( w tym kuszetek w ktorych spalam jadac do Zakopanego wieczorem w niedziele).
12 grudnia 1981 mialam zostac w Zakopanem, zwlaszcza ze tydzien wczesniej bylam w domu a za tydzien zaczylaly sie ferie wiec na zdrowy rozum powinnam zostac w internacie.
Nie rozumiem tego ale cos mnie TKNELO i wiedzac ze juz nie zdarze na pociag postanowilam wsiasc do autobusu, bo byl taki kurs PKS Zakopane - Warszawa - autobus jechal 9 godzin. Spakowalam sie i pobieglam na dworzec PKS.
Do Krakowa nic sie nie dzialo, autobus w jechal zakopianka pokryta topniejacym sniegiem. Natomiast w Krakowie bylo jak w Mordorze. Pamietam chlape na ulicach, szarowke, ponuro, jakies flagi porozwieszane na budynkach, oflagowane bydynki AGH gdzie akurat byl strajk. Fatalna atmosfera ktora udzielala sie nawet takim przejezdnym jak my.
Pozniej do Kielc autobus jechal spokojnie.
Dziwnie znowu zrobilo sie na wysokosci Radomia.
Zaczelismy mijac stojace na poboczach samochody wojskowe i jakies ciezsze pojazdy. Potem jechalismy rownolegle do ciagnacych takze do Warszawy konwojow wojskowych pojazdow. Nie pamietam ciezarowek tylko jakies opancerzone wozy. Chyba padal drobny sniezek i byla chlapa i duzo blota. Czulam sie jak w lodzi podwodnej mijajacej jakies dziwne miejsca. Na dworzu bylo nie ciekawie, wnetrze autobusu zapewnialo wzgledne poczucie bezpieczenstwa.
Nie dziwilam sie tym jadacym gesiego samochodom wojskowym. Widzialam w jakim kraju zyje i co sie dzieje. Wcale mnie ta komasacja opanerzonych wozow nie dziwila. Tyle ze bylo to bardzo przygnebiajace.
Autobus PKS dojechal do Warszawy Zachodniej o ok.23.45.
Czekala na mnie mama ktora uprzedzilam przed wyjazdem z Zakopanego ze zmienilam plany i przjade autobusem.
Pamietam ze wysiadalam i po przywitaniu powiedzialam ze jechalismy razem z transportem wojskowych wozow, ze cos sie dzieje.
To byla Warszawa sprzed stanu wojennego.
Autobusy dzienne byly na prawde dzienne i jezdzily normalnie do polnocy.
Kawiarnie byly takze czynne po 21 - 22.
Po stanie wojennym do dzisiaj juz tak nie jest...
Podjechalam do domu ostatnim dziennym i poszlam spac.
Rano obudzia nas sasiadka, matka studenta zaangazowanego w rozne ruchy studencie, chciala od nas zadzownic bo ich telelfon zepsul sie, martwila sie o syna...okazalo sie ze nasz telefon tez nie dziala.
Radio w kuchni cos tam brzeczalo. Mama powiedziala "co ten Jaruzel tak w kolko gada?".
Po wyjsciu sasiadki gdzies kolo 8 - 9 godziny wlaczylysmy telewizor i zobaczylysmy generala przemawiajacego, zamiast teleranka.
To byly najdluzsze ferie w moim zyciu.
Do Zakopanego, po dostaniu odpowiedniej przepustki zezwalajacej na podroz po kraju, wrocilam pociagiem chyba 17 stycznia...
Zakopane bylo jak z bajki...
Zero turystow...pusto, snieznie, jak z obrazka...
Lampy na Krupowkach poprzez pruszacy snieg oswietlaly zasniezone domy i biala nie wydeptana jezdnie...
Potem gdzies okolo lutego zaczeli pojawiac sie w Zakopanem jacys dziwni cinkciarze z Warszawy...
ale to juz chyba inna historia.


